Korpoświat i mój deadline bez fakapu. Felieton

Korpoświat i mój deadline bez fakapu. Felieton

Przemów do mnie, a powiem ci kim jesteś. Więc spogląda oczyma szeroko rozwartymi, a ja myślę o nich czule, bo ładna, więc dla mnie niewinne i sarnie. Myślę, bo chcę tego. Chcę do czasu, kiedy się odzywa. – Zaliczyłeś fakap, więc zawalcz o target, bo mamy deadline – syczy przez zęby. Odwraca się piorunem i leci dalej ziać siarką, bo w biurowym Tartarze jeszcze wiele innych dusz, którym trzeba zrobić kongo z mózgu. (język)

Kilka lat temu miałem okazję spotkać się z Tadeuszem Konwickim. Wybitną osobistością, która wywarła gigantyczny wpływ na rodzimą literaturę i kinematografię. Największe wrażenie zrobił na mnie język, którym się posługiwał. Bogaty, niejednoznaczny, pełny kolorytu i akcentu, który zapewne został mu jeszcze z lat dzieciństwa, kiedy wychowywał się w Kolonii Wileńskiej. Nasza rozmowa nie była dla mnie łatwa. Zbyt często łapałem się na tym, że posługuję się uproszczeniami, barbaryzmami, wpadam w słowotok lub nie jestem w stanie wyrazić myśli w taki sposób, jakbym chciał. Było to tym bardziej przykre, że pracuję w ogólnopolskiej branży dziennikarskiej już od wielu lat, mam za sobą długie doświadczenia teatralne, a także prowadziłem kilka wydarzeń kulturalnych.  Przy Tadeuszu Konwickim mój język był tylko ubogi, więc pozostało mi słuchać. Potwornie żałuję, że słuchać już nie mogę.

Słuchać nie mogę też korpopolszczyzny, która dominuje już nie tylko w korporacjach typu moloch, ale i gwałtem wtargnęła do wielu mniejszych przedsiębiorstw. Dlaczego sięgamy po zapożyczenia z języka angielskiego? Dlaczego odwracamy się od rodzimego języka? Co nam to daje? Gdzie jest granica, którą depczemy? Kiedy nastaną czasy, gdy najstarsze pokolenie zupełnie już nie będzie rozumiało młodzieży? Granicę wyznaczamy my sami. A raczej pozwoliliśmy już jej urosnąć i oddalać się coraz intensywniej – po uprzednim przekroczeniu jej przez  nas. Jeśli jeszcze ją widzisz, rozumiem. Dla mnie zabrnęła już ona poza horyzont.

Nie chcę pracować na stendbaju. Nie chcę brejnstormować. Nie chcę załatwiać kejsu. Nie chcę korzystać z crunch time. Inni to jednak robią, a ja chcę ich rozumieć. Czynią to, by urwać uciekający w korporacjach czas. Biegną, gonią, ścigają się, by zdążyć, by wygrać, by przetrwać i by zadowolić – pracodawcę głodnego sukcesu. Gdy więc nie ma czasu na poprawne formy wypowiedzi, zastępuje się je krótszymi odpowiednikami. Lepiej więc „zrobić know how”, niż zdobyć wiedzę na temat zadania do wykonania.

Ona jest z korpo i musisz to wiedzieć. To odrębna, inna część społeczności. Mów jej „korpoludek”, to powód do dumy. Nawet do żartów, ale podszyte jest to właśnie dumą. Ona ma zniżki do sieciówek, owoce w poniedziałek i kartę, dzięki której chodzi do siłowni za półdarmo. Wysławia się językiem korporacji. To moda i sposób bycia, rozpoznasz ją po tym. Wiesz, kiedyś chodziłeś w glanach lub miałeś farbowane na blond włosy. Należałeś do jakieś grupy, utożsamiałeś się z kimś, miałeś grono podobnych sobie, a to dodawało odwagi, animuszu. Później wyrosłeś z tego lub nie, nieważne. Korpoświat to takie blond włosy – bez żadnych odrostów, bo wypielęgnowane i zadbane.

Opuść myślami korpo. Pójdź na spacer. Rozejrzyj się po sklepowych witrynach. Teraz to nie obcojęzyczne nazwy przyciągają uwagę, ale właśnie te zapisane po polsku. Jest ich mniej, więc bardziej już zapadają w pamięć. Nie do pomyślenia kiedyś. Wiesz, słyszałem już kilka prób wymowy nazwy „Reserved”. Było to „Riserw”, „Rizerf” czy „Reserwed”. Nie ściemniaj, że się z tym nie spotkałeś. Wchłania nas świat barbaryzmów językowych. Złap za książkę. Dasz radę przeczytać ze zrozumieniem Galla Anonima? To może chociaż Adama Mickiewicza? Dobrze, niech będzie że trudne. A Jerzego Pilcha lub Andrzeja Stasiuka? Ile razy musiałeś sięgnąć do słownik? Nasz zasób słów dramatycznie się zmniejsza.

Nie wszyscy, nie. Nie wszyscy zapomnieli już jak mówić. Nawet ci z korporacji. Dla niektórych korpomowa to zgrywa, żart, sposób rozładowania napięcia, pretekst do uśmiechu. Śmiejąc się z nich, śmieją się z samych siebie. Jest wesoło – wprawdzie głównie w świadku korpoludków, bo dla nich to zabawne, ale jednak. Jeśli to co w korpo, zostanie w korpo, to ok, tfu, to dobrze. Nie przenośmy tego do domów, apeluję. Nie zubożajmy języka. Uczmy młodych. To nasze dziedzictwo, kultura, tradycja i historia. To my.

A teraz następuje moment pozdrowień.