Dzień święty święcić

Dzień święty święcić

Stało się – od 1 stycznia 2018 r. w co drugą niedzielę nie będzie nam dane odwiedzić ulubionych centrów handlowych i urządzić polowania na promocje. Większość konsumentów jest przeciwna zmianom, ale co na to pracownicy? Czy na pewno są zadowoleni, skoro za niedziele robocze przysługuje im dzień wolny lub dodatek do wynagrodzenia?

Polskie realia w branży handlowej

W idealnym świecie każdy jest zatrudniony na zasadzie umowy o pracę w pełnym wymiarze godzin. Jako że do idealnego świata wciąż nam daleko, zwłaszcza w dużych sieciach handlowych zatrudnia się częstokroć tzw. weekendowców, których wymiar czasu pracy jest ograniczony. W ich przypadku przywilej wolnego dnia bądź dodatku do wynagrodzenia nie przysługuje. Z podobnym deficytem korzyści muszą się liczyć wszyscy kasjerzy, ekspedienci czy pracownicy hali zatrudnieni w oparciu o umowy cywilnoprawne. Może zatem związki zawodowe słusznie podniosły alarm w sprawie handlu niedzielnego?

Z drugiej strony trudno domniemywać, że wielkie koncerny handlowe zdecydują się zrezygnować z części zysków tylko z uwagi na określone zapatrywania rządzących. W pierwszej kolejności zamierzenia wspomnianych gigantów mają się wiązać z wydłużeniem godzin otwarcia punktów handlowych od poniedziałku do soboty. Pracownicy sklepów będą więc musieli się liczyć z koniecznością późniejszych powrotów do domu. Część z nich może znów zostać przekierowana do obsługi sprzedaży internetowej, która na razie nie została objęta niedzielnym zakazem.

Inne pomysły na utrzymanie finansowego status quo

Z ustawowego zakazu handlu w co drugą niedzielę będą zwolnione m.in. apteki, stacje benzynowe, piekarnie, lodziarnie, kwiaciarnie. Furtkę dostrzegły tu zarządy niektórych sieci handlowych, dochodząc do wniosku, że wystarczy z przykładowej działalności piekarniczej (bądź cukierniczej) uczynić działalność główną i można już handlować w każdą niedzielę do woli. Podobna koncepcja zrodziła się wśród zarządców marketów prowadzących jednocześnie przysklepowe stacje benzynowe.

Również właściciele przestrzeni komercyjnych w obrębie dworców (gdzie dopuszcza się handel w kasach biletowych oraz kioskach) zaczęli zacierać ręce. Owa euforia spotkała się jednak z natychmiastową reakcją ze strony władz. Wg nich sens ustawy nie budzi najmniejszych wątpliwości, a wszelkie nadużycia ze strony przedsiębiorców będą piętnowane karami w wysokości od 1 tys. aż do 100 tys. zł. Nad egzekwowaniem zakazu ma nieodmiennie czuwać inspekcja pracy.

Czy bez hipermarketu da się żyć?

Wbrew zarzutom o zaściankowość Polska nie będzie stanowiła wyjątku na europejskim tle. Podobne (bądź bardziej restrykcyjne) obostrzenia względem handlu niedzielnego obowiązują np. w Niemczech, Austrii, Hiszpanii, Francji czy Belgii. Czy ktokolwiek na tym korzysta? W wielu przypadkach dochodzi do paradoksów, gdzie po produkty pierwszej potrzeby konsumenci udają się na… stację benzynową. Jednakowoż strona pracownicza wyraża zwykle zadowolenie z powodu ograniczeń nałożonych na pracodawców.

Warto zarazem odnotować, że od nowego roku polscy przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą nie utracą możliwości zarobkowania w co drugą niedzielę. Wciąż będą oni mogli prowadzić handel własnymi siłami, czyli tak, jak ma to miejsce obecnie w dniach ustawowo wolnych od pracy. Małe sklepy osiedlowe nadal pozostaną zatem do dyspozycji klienteli.

Łukasz Jabłoński

To może Cię zainteresować: